Riverside w Loch’Ness – Kraków, 5 maja 2006 r.

Autor: Agnieszka Lasota
30 maja 2006

Drugiego koncertu syndrom...?

W niespełna miesiąc po kwietniowym występie zespół Riverside powrócił do Krakowa. W imieniny majowego miesiąca zagrał "Koncert Specjalny" w ramach "Second LIVE Syndrome TOUR", ponownie w klubie Loch'Ness (wielce lubianym, bo często wybieranym na mocne metalowe bądź progresywne performanse). Tym razem wydaje się, że to muzycy bawili się o ciut lepiej od publiczności... A może to drugiego koncertu syndrom?

Ponad dwugodzinny występ składał się niewątpliwie z większej ilości utworów mocniejszych w porównaniu z poprzednim (czytelnicy nienawidzący komparatystyki pod każdą postacią będą musieli w tym momencie zaniechać dalszego czytania bądź narażać się na kolejne zdenerwowanie tekstem, którego autorka nie potrafi oduczyć się porównywać...). Zabrzmiały: "Reality Dream" (wszystkie trzy części), tytułowe "Out Of Myself" z debiutanckiej płyty i "Second Life Syndrome" z ostatniej, "Artificial Smile" i "Dance With The Shadow". Nie zabrakło również ballad "Conceiving You" i "I Believe".

Gdy 'kurtyna opadła' publiczność zaczęła się domagać bisów. Na szczęście nie obyło się bez "Loose Heart"... Drugi bis w postaci "Before", finalnej opowieści z 'syndromu powtórnego życia', miał, zdaje się, uspokoić emocje fanów, którzy, wraz ze zbliżaniem się końca koncertu, stali się jakby bardziej fanatyczni... Zamiar się nie powiódł, choć Mariusz Duda pożegnał się słowami: "Dzięki, że jesteście. Dobranoc". Po niedługim czasie muzycy powrócili na scenę. "No to OK." - oznajmił Mariusz. I gdy wybrzmiał utwór, utulający Riverside'owego Pinka do stanu schizofrenicznego snu, publiczność (wreszcie) zrozumiała, że to już jest koniec... Koncertowy. Na ów wieczór.

I jeszcze parę słów okiem młodego socjologa... Riverside'ową majową publiczność w murach Loch'Ness stanowili raczej fani niż fanatycy. Ci ostatni wykupili od razu bilety na kwietniowy koncert w pierwsze dwa dni. I finito. Odlecieli z zespołem w kwietniu w ekstazach muzycznych gdzieś hen w krainę Pinka... (choć pili dużo mniej niż zgromadzeni powtórnie) Majowi odbiorcy zachowywali się poprawniej, w sposób bardziej stonowany, choć aspekt bisowania należy i tu wykluczyć. Ponadto ci późnowiosenni byli bardziej kolorowi - może to taka zależność w stronę lata...? A kwietniowi bardziej czarni i koszulkowo klimatyczni...

Za koncertowym sukcesem warszawskiej formacji przemawia kilka czynników. Między innymi precyzyjnie dobrana setlista: utwory balladowe są umiejętnie wkomponowane pomiędzy te mocniejsze, bardziej metalowe. Kolejnym powodem, dla którego po części Riverside gromadzi tak liczną publiczność na koncertach, jest z jednej strony doskonały kontakt z nią, podtrzymywany i umiejętnie podniecany przez wokalistę ("Gramy koncert specjalny w Krakowie. Mamy nadzieję, że jest taki nie z powodu percepcji, lecz dlatego, że jesteście tacy wyjątkowi"), a z drugiej - właśnie - ludzie, którzy słuchają i kochają muzykę Riverside. To fani, którzy mają doskonałe wyczucie rytmu i potwierdzają to czynnie podczas koncertów. A gdy trzeba, po prostu stoją i ze skupieniem słuchają. Muzyki, w której stracone serce miota się w rozterce gdzieś poza sobą, przeżywając syndrom drugiego życia.



blog comments powered by Disqus