"Jeszcze za wcześnie, by nam odbiła palma" - rozmowa z Mariuszem Dudą, wokalistą i basistą Riverside

Autor: Agnieszka Lasota
28 maja 2006

Rozmowa z Mariuszem Dudą, wokalistą i basistą Riverside przeprowadzona po koncercie w klubie Loch'Ness
Kraków 8 kwietnia 2006 r.

Agnieszka Lasota: Osiem dni koncertowych za wami, pięć jeszcze pozostało. Czy macie stałą set listę podczas ogólnopolskiej trasy "Second LIVE Syndrome Tour"?
Mariusz Duda: Tak, aczkolwiek każdy koncert jest inny. Są momenty, gdy improwizujemy, gdy publiczność inaczej reaguje. Nie nudzimy się na koncertach.

- Macie jeszcze siłę, by improwizować?
- By nie popaść w rutynę wymyślamy ciągle coś nowego. Siłę i ochotę mamy. To najważniejsze.

- Wasz ostatni album ma tytuł "Syndrom drugiego życia". Czy nie obawialiście się przed jego wydaniem tzw. syndromu drugiej płyty?
- Oczywiście. Mieliśmy obawy. Czuliśmy presję, bo chcieliśmy potwierdzić, że Riverside nie jest zespołem jednej płyty. Postanowiliśmy zaryzykować. Nagraliśmy album inny niż debiutancki "Out Of Myself": mocniejszy, bardziej mroczny i pesymistyczny. Taki był koncept. I denerwowaliśmy się trochę.

- Jaką muzykę gra Riverside? Jak ją określisz?
- Dla mnie Riverside to muzyka kontrastu. Gramy zarówno długie, jak i krótkie utwory. Jest ostro i spokojnie. Są wszelkiego rodzaju emocje. Jest szept, krzyk, radość i smutek, z podkreśleniem tego ostatniego. Myślę, że w przyszłości, gdy całość trylogii się dopełni, zademonstrujemy pełne oblicze muzyki Riverside.

- Myślałam, że gracie po prostu rocka progresywnego...
- Zaszufladkowano nas do rocka progresywnego, ponieważ gramy dłuższe kompozycje, wykorzystujemy instrumenty klawiszowe, czasem bawimy się rytmem, bo nie zawsze gramy na 4/4. Jednak absolutnie uciekamy od grania, jakie preferuje np. Dream Theater - takie bezsensowne ściganie się instrumentów. Poza tym nie umiemy i nie chcemy tak grać.

- Co jest ważniejsze zamiast tego ścigania się?
- Emocje przede wszystkim. W miejsce dziesięciu przekombinowanych dźwięków, trzy takie, które trafiają. To jest najpiękniejsze.

- Słuchacze Piotra Kaczkowskiego określili "Second Life Syndrome" polskim "The Wall"...
- Wielkie słowa! Wydaje mi się, że za wcześnie jest, by pewne rzeczy oceniać. Jest to na pewno bardziej dojrzała i bardziej spójna płyta niż nasz debiut, choć mniej przebojowa. Ale porównanie do "The Wall" to chyba za wielkie słowa... Niewykluczone jednak, że "SLS" zadziała na psychikę innych, będzie inspiracją dla kogoś w przyszłości... Zobaczymy.

- Ja mam wrażenie, że wasz bohater jest trochę takim floydowskim Pinkiem...
- Nasz bohater cierpi na tej ostatniej płycie, na całej trylogii zresztą...

- Dlaczego ciągle go katujecie?
- Bo on szuka. Szuka i nie może znaleźć. A skoro nie może znaleźć, to go katujemy (śmiech). Nasza trylogia to taka próba odnalezienia tego, co w życiu jest naprawdę ważne. I jest to bardzo osobista rzecz. Wiesz, to, co się dzieje w życiu bohatera, przekłada się w pewnym sensie na życie i działalność zespołu Riverside. Po części. My też poszukujemy i coraz wyżej stawiamy sobie poprzeczki, zwłaszcza, jeśli chodzi o to, co dzieje się na "SLS". Coś zaczynamy, na coś jesteśmy zdecydowani, pytanie tylko, dokąd to nas zaprowadzi? Stąd też to pytanie na koniec drugiej płyty. Ale my tego chcemy. Naprawdę tego chcemy.

- Jakie pytanie?
- Is this I really wanted?

- Czego szuka wasz bohater?
- Przede wszystkim siebie i wewnętrznego spokoju. Chyba każdy w życiu musi odnaleźć swoje miejsce. Może niekoniecznie po to, by z uśmiechem na twarzy czekać na spokojną starość, ale by w końcu dowiedzieć się, czego się chce od życia. A jeżeli chodzi o naszą historię i sprawę relacji z drugą osobą, niekoniecznie jest to ukochana osoba, czy po prostu drugi człowiek, bo równie dobrze może to być pasja, Bóg. Na płycie jest wiele wymiarów.

- Ty, jako autor tekstów, tworzysz Pinka - jak chcieliby go nazywać słuchacze Kaczkowskiego. Skąd czerpiesz pomysły? Czy raczej - w jakim stopniu wasz Pink jest rzeczywisty, w jakim stopniu on się już wydarzył?
- On się cały czas wydarza. Bardzo wiele w Pinku, jak go nazywasz, jest z prawdziwego życia. Nasze życie pisze tę historię. Będziemy chcieli zamknąć ją na trzech albumach. Chociaż, być może ta historia nie powinna zamykać się w trzech częściach, lecz mieć cały czas swój ciąg.

- Czy możesz zdradzić, co się stanie z waszym bohaterem w finalnej części trylogii?
- W pierwszej części bohater szukał i znalazł. Odnalazł wewnętrzny spokój, pomimo tego, że spotkało go wiele nieszczęść. Ostatni utwór na debiutanckim albumie ma tytuł "OK.". Zatem jest dobrze, choć ostatnie zdanie nie daje pewności, że do końca. Na "SLS" bohater postanowił zrobić coś ze swoim życiem i owszem, zmienił się. Zadaje sobie jednak pytanie, czy ta zmiana jest tym, czego rzeczywiście potrzebował. Być może w ostatniej piosence z "Out Of Myself" czuł się o wiele lepiej. Myślę, że na trzeciej płycie uda mu się odnaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania, które sobie zadawał w obrębie całej trylogii.

- I będzie happy end...
- Happy end zakrawa na kicz. Nie jestem pewien, czy będzie happy end. Myślę, że zakończenie ostatniej części trylogii będzie zmuszało do powrotu do jej pierwszej części. Sądzę, że będzie to coś z klimatu Davida Lyncha, mrocznego, onirycznego. Bo trylogia nazywa się "Reality Dream Trilogy".

- Czy będzie też kolejna część utworu "Reality Dream"?
- Nie, to też zakrawałoby na kicz, tak jak happy end. Kolejne części "Reality Dream" powstały, ponieważ szukaliśmy spójników w muzyce. Podobnie jak na "SLS" pojawiają się utwory "After" i "Before". "Second" też akcentuje dalszy ciąg opowieści. Teraz poszukamy innych sposobów.

- Tak, ale "After" rozpoczyna płytę, a "Before" kończy... To chyba nie jest logiczne...?
- "After" dzieje się po wydarzeniach z "Out Of Myself", a "Before" przed zdarzeniami z nienagranej jeszcze trzeciej części.

- Podobno Steven Wilson z Porcupine Tree chciał wyprodukować wasz ostatni album "SLS". Dlaczego do tego nie doszło?
- To nie było tak. InsideOut po podpisaniu z nami kontraktu na drugą płytę, zaproponowało nam Stevena Wilsona, jako jednego z najbardziej cenionych producentów zagranicą. Nie zgodziliśmy się, ponieważ chcemy podążać swoim torem. To, że ktoś nas porównuje do Porcupine Tree jest OK., my bardzo cenimy ten zespół, ale nie chcemy być Porcupine Tree. Chcemy być Riverside. Osobiście uważam, że Wilson ostatnio robi tak wiele rzeczy, że spokojnie Riverside może się obyć bez jego pomocy. Steven Wilson, w tzw. muzyce progresywnej, macza palce dosłownie wszędzie.

- Uważasz, że jest producentem totalitarnym? Odciska własne piętno na muzyce, którą produkuje?
- Tak. Ale to dobrze, dlatego jest ceniony. My jednak nie chcieliśmy, by przy Riverside padało nazwisko Wilsona. Chcemy podążać swoim torem. A ponieważ wytwórnia lubi reklamować zespół poprzez skojarzenia z innym nazwiskiem zaproponowała nam Stevena Wilsona. Sądzę jednak, że poprzez drugą płytę pokazaliśmy, że muzyka Riverside nie musi mieć żadnych naklejek z nazwami innych wykonawców na pudełku, by być rozpoznawalną. Potrafimy grać w swoim stylu, choć na pewnych płaszczyznach nasza muzyka brzmi podobnie jak Porcupine Tree. Dlatego, gdyby Steven zmiksował nasz album, otrzymalibyśmy kolejne Porcupine Tree.

- Gracie w tym roku na festiwalu Castle Party w Bolkowie, to impreza gotycka... Czy wasza obecność tam nie jest przypadkiem nieporozumieniem?
- Jesteśmy zespołem otwartym na ciekawe eksperymenty, wyłamujemy się z pewnego kanonu, jak chociażby rock progresywny, przynajmniej w naszym krajowym wydaniu. Również złamaliśmy stereotyp, że jest to muzyka niszowa, bo na nasze koncerty zaczynają przychodzić tłumy. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że jest to bardzo popularna muzyka w tej chwili (śmiech). Myślę, że częściowo dzięki nam. Pojawiamy się także na różnych festiwalach. Bolków to jeden z przykładów. W tym roku zagramy też na NearFest w Stanach. To taki stricte progresywny i bardzo prestiżowy festiwal, na którym grają sławy muzyki progresywnej. Wszyscy słuchają muzyki na siedząco i kontemplują. A w lipcu będziemy grali na Masters of Rock w Czechach, obok Kreatora, The Gathering, Helloween, Apocalyptiki.

- Jakie nowe płyty przypadły Ci do gustu? Czego ostatnio słuchałeś?
- Ostatnio słuchałem Depeche Mode, przed koncertem w Spodku. Bardzo podoba mi się ostatni album Kate Bush. Ale przyznam, że po nagraniu "SLS" więcej czytam i oglądam, niż słucham muzyki. Szukam inspiracji do trzeciej części trylogii. Podjęliśmy decyzję, że niedługo rzucimy naszą pracę zawodową. Chcemy skoncentrować się wyłącznie na Riverside. Będę chciał się zaangażować w zespół w 100%. Wtedy też na pewno znajdę więcej czasu na słuchanie.

- Moja koleżanka uważa, że, cytuję: "odbije wam palma" po tych ciągłych sukcesach... Jak się czujecie, gdy wasze najmłodsze dziecko "SLS" zbiera wyłącznie pozytywne recenzje?
- Mnie osobiście odbije palma, gdy trzeci album będzie dostawał takie recenzje, jak poprzednie płyty (śmiech). Przyznaję się. Jeżeli uda nam się skończyć trylogię na takim poziomie, jaki planujemy, to będzie dobrze. Ale "odbicie palmy" to chyba niewłaściwe określenie. Jesteśmy ludźmi, którzy oprócz tego, że nawzajem mobilizują się do działania, to potrafią się jeszcze nawzajem stopować, jeśli któryś z nas za bardzo wyrywa się do przodu. Myślę więc, że jeszcze za wcześnie, by nam odbiła palma.

- Skoro tak, to ja się ogromnie cieszę. Dziękuję bardzo za rozmowę.
- Dziękuję również.


Kompletny festiwalowy rozkład jazdy zespołu Riverside na oficjalnej stronie zespołu.

Foto dzięki uprzejmości Mystic Prod.



blog comments powered by Disqus