Recenzja płyty "Once"

Autor: Paweł Sarna
30 grudnia 2007


Przedostatnia płyta fińskiej formacji Nightwish biła wszelkie rekordy popularności w Niemczech, Grecji, Norwegii, Słowenii i na Węgrzech. Album był w tych krajach najlepiej sprzedającą się płytą i zdążył okryć się platyną. To pierwszy album Nightwish, który sięgnął szczytów list sprzedaży (poza krajem ojczystym naturalnie), stąd ogromne zaskoczenie zespołu sukcesem i pewnie duża radość wytwórni. W Polsce kapela także stała się wtedy coraz bardziej rozpoznawalna - "latająca" reklama przed koncertem Metallicy w 2004 roku i teledysk do singla Nemo (reżyseria Antti Jokinen) zrobiły swoje...

W 2004 roku po długich negocjacjach Nightwish podpisał z Roadrunner Records kontrakt na wydanie albumu Once w USA, Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii. W Europie płytę wydała wytwórnia Nuclear Blast (w Polsce Mystic Production). Szykował się kolejny ląd do podbicia? Po sukcesie Lacuna Coil w Stanach było (i jest) to dość możliwe.

Do nagrywania płyty zespół zaprosił do współpracy liczącą 52 muzyków Londyńską Orkiestrę Symfoniczną (odpowiedzialną m.in. za współpracę z Howardem Shore przy ścieżce dźwiękowej do filmu Władca Pierścieni). Muzycy zapewniali, że Once był (na tamtą chwilę) najbardziej zróżnicowanym materiałem, jaki kiedykolwiek skomponowali. Jak to stwierdzenie broni się w zderzeniu z odbiorem "przeciętnego" słuchacza?

Mocno i dynamicznie z kosmicznie wygrywającą gitarą zaczyna się ta płyta. Dark Chest Of Wonders wita także chórami jak z The Kovenant, potem w zwrotce niepodzielnie rządzą klawisze i wejścia chóru, a dzięki wokalom Tarji nabiera to melodii. Co rusz mamy jazdy klawiszowe – coś dla fanów Children Of Bodom. Refren jest niewątpliwie chwytliwy i mógłby z powodzeniem zostać użyty jako podkład pod jakiś film fantasy. W środkowej części mamy rwane riffy i dość nowocześnie brzmiące uderzenia perkusji przechodzące w pojedynek orkiestry i klawiszy. Finał jest jeszcze bardziej podniosły i monumentalny – polecam słuchać na dobrym sprzęcie!!!
Wokalny wstęp w I Wish I Had An Angel i... ale szok – mocne gitary towarzyszą tak potężnym uderzeniom bębnów, że przywodzi to na myśl automat perkusyjny (a raczej ich kilka sztuk, a to tylko perkusista Jukka ze swoim zestawem perkusyjnym). Zwrotka jest dość spokojna z rytmicznymi riffami w tle, z kolei w refrenie słyszymy wokal basisty – Marco Hietali – mającego interesujący, silny i charakterystyczny głos; po chwili możemy podziwiać jego duet z głównym damskim wokalem zespołu. Centralną część utworu zajmują niezwykłe organowe pasaże, tempo gry się zwiększa, a wokaliści się przekrzykują. Ładny ten drugi (po Nemo) singiel.
Idealnie wybrany na singiel, dobrze już wszystkim znany Nemo niesie ze sobą dość prostą i chwytliwą strukturę  - spokojna, urokliwa zwrotka, po czym mocny, rozbudowany refren, którego nie sposób zapomnieć. Druga zwrotka jest mocniejsza – większy akcent jest położony na ciężkie gitary – w tle klawisze tworzą niezwykle klimatyczne tło. Udane solo prowadzi do rytmicznej jazdy gitar, a finał ma niesamowicie baśniowe pasaże orkiestralno – keyboardowe. Bardzo ładny, choć niereprezentatywny dla całości płyty, utwór.
Planet Hell – chór jak z produkcji Jima Steinmana (Meat Loaf Bat Out Of Hell; The Sisters Of Mercy: More, This Corrosion, Dominion) brzmi bardzo filmowo na rozpoczęcie. Wkrótce heavymetalowy ciężar przejmuje pałeczkę – mamy ponownie świetny duet wokalistów i niezły dysonans między rytmem perkusji i riffami gitar a śpiewem Tarji (szybko i mocno vs. delikatnie i subtelnie). Refren jest niezwykle potężny... ”Save yourself and let them suffer” – uwielbiam ten moment z wejściami chóru. A na klawiszach Tuomas daje niezły popis swoich umiejętności.
Witamy w amazońskiej dżungli drodzy Słuchacze – indiańska pieśń z fletnią Pana w tle zaczyna Creek’s Mary Blood (gościnnie John Two Hawks) – właściwa pieśń urzeka smyczkami i akustyczną gitarą oraz subtelnym śpiewem Tarji. Stopniowo całość się rozwija z głównym udziałem sekcji smyczkowej i dętej. Nieco później wchodzą gitary i kompozycja nabiera mocy i ciężaru. Po krótkim, marszowym przerywniku gitarzysta Emppu wygrywa śliczną solówkę w oparciu o główny motyw melodyczny tej piosenki; słychać znów szamańskie zawodzenia przy mocnym podkładzie orkiestry i zespołu – wykapana indiańska pieśń wojenna. A na koniec mamy przemowę Wodza...
Trochę Therionowski motyw na gitarze przechodzi w Rammsteinowe (?) riffy – Tarja śpiewa spokojnie, w tle słychać jakieś orientalne ozdobniki – refren z udziałem basisty dodaje metalowego posmaku, skrzypce ładnie prowadzą melodię – przypominają się wyczyny Martina Powella w My Dying Bride – potem sporo wschodnio brzmiących chórów i ołowianych riffów. To The Siren.
Dead Gardens zaczyna się nieco w klimacie starych dokonań Theatre Of Tragedy, potem jest coś do czego przywykliśmy słuchając Nightwisha – ładna melodia, wzniosłe chóry, ostre gitary – niezły soundtrack do lektury Mgieł Avalonu chociażby. Klawisze ładnie prowadzą swój motyw uzupełniając się z dynamiczną grą gitarzystów. Końcówka jest – śmiało to można napisać – iście thrashowa – w sumie wyszedł jeden z najcięższych kawałków w twórczości kapeli.
Niskostrojony bas i ponownie kosmiczne brzmienie gitar zwiastuje Romanticide. Wyróżnia się dynamiczny i pulsujący refren o dość wzniosłych i patetycznych wokalizach, a solo w stylu Van Halen czy też Yngwie Malmsteena przypomina o inspiracjach Emppu; basowy fragment staje się preludium do wokalnego pojedynku – mamy śpiew, szepty, krzyki i wrzaski – pomysłowo i udanie to wyszło.
Smyczkowo – chóralna introdukcja w Ghost Love Score rodem z filmowych soundtracków daje na chwilę odpocząć gitarzystom, ale potem po chwili ciężaru wokal wprowadza baśniową atmosferę, że aż dech zapiera – a to tylko przygrywka do przepięknego refrenu – muzyka Hansa Zimmera się kłania (m. in. ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak Gladiator, Król Artur, Helikopter w ogniu czy też Pearl Harbor) – chór śpiewa kolejne wersy, podczas gdy Tarja delikatnie „przeciąga” swoją partię; balladowy centralny fragment z klimatycznym solem jest na chwilę odskocznią od następującej później bajecznej, symfonicznej gonitwy – motywy z muzyki dawnej i śpiew a’la Kate Bush przeplatają się z nieubłaganie ciężką grą zespołu. Muzyczne cudo.  
Kuolema Tekee Taiteilijan to spokojna, wyciszona kompozycja zaśpiewana w języku fińskim. Odstaje klimatem od reszty – brak jest metalowych gitar – przeważają smyczki, flety i brzmienia organowe. Jest dość senna i melancholijna. Szum wiatru na pustkowiu kończy ten utwór płynnie przechodząc w...
Higher Than Hope – kontynuuje na początku spokojne, akustyczne dźwięki poprzedniej piosenki, lecz po jakimś czasie robi się żwawiej i wiosła dają lekkiego kopa; melancholijna melodia refrenu może się spodobać. Mrok Skandynawii na całego...

Słowa muzycy dotrzymali – możemy słuchać najbardziej urozmaiconej muzycznie płyty tego zespołu. Zabiegiem odświeżającym dotychczasową stylistykę jest odważne i dokonane z wyśmienitym wyczuciem wykorzystanie orkiestry i chórów. Być może ma to przesłonić niedoskonałość gry zespołu, ale w końcu wszystkie dźwięki i tak są ich własną twórczością. Można by też zarzucić zbyt dużą ilość patosu, przesady i kiczu – ale w końcu jest to kwestia gustu muzycznego. Ja tu widzę spore zróżnicowanie klimatu, melodii i brzmień. Niech Moc będzie z Wami !
 “Once I had a dream, and this is it…”
 
Ocena: 8/10

WWW: www.nightwish.com


blog comments powered by Disqus