Recenzja płyty "Oblivion" Busso de la Lune

Autor: Patryk Balawender
19 kwietnia 2011

To już dziesiąty album w dorobku Piotra Jurczaka, ukrywającego się pod szyldem Busso de la Lune, weterana rodzimej sceny ambientowej. Nagrywający m.in. w labelach Soulworm czy Umbra artysta wraca pod skrzydła Requiem Records i trzeba przyznać, że jest to comeback bardzo udany.

Oblivion to ponad 76 minut dźwiękowych kolaży, urzekających bogactwem brzmienia, nie do końca wygładzonych i dopieszczonych, zostawiających miejsce na chropowatość i intrygujące “brudy”. Dużo tutaj gitary, basu, instrumentów perkusyjnych i klawiszowych, znalazło się nawet miejsce dla didjeridoo i fletu. Jak na ambient sporo się tu dzieje: Road without end ma transowy, egzotyczny posmak, Oblivion uwodzi subtelnym, połamanym bitem, a w Silberman piękny, jazzowy dialog toczą ze sobą fortepian, bas i perkusja. Najciekawsze momenty Busso de la Lune zostawił jednak na koniec. Szeleszczący, skradający się Creepy Shadows przywodzi na myśl pejzaże Briana Eno lub Biosphere, a Borderline jest jakby powrotem do wczesnych dokonań muzyka z czasów znakomitej płyty With your ear down to the ground. Po kilkunastu minutach ciszy na końcu krążka “ukryty” jest kawałek Ascension i to tak naprawdę jedyny niemiły zgrzyt, psujący odbiór całości. O wiele lepiej było zakończyć materiał rozmarzonym, kończącym się za szybko Borderline.

Okładkę Oblivion zdobią sterowce leniwie sunące przez psychodeliczny krajobraz, skąpany w odcieniach zieleni. I taka jest też muzyka na tym krążku: kojąca, pełna przestrzeni, idealna do podróżowania z zamkniętymi oczyma, ze słuchawkami na uszach.

P.S. Requiem Records słynie z dbałości o stronę graficzną swoich wydawnictw, nie zawiedli więc i tym razem. Estetyczny, rozkładany eco-pack, fantastyczne wzory we wkładce, a w plastikowej koszulce, w którą zapakowano płytę ukryto także... parę ziaren kawy. Czyżby na rozbudzenie po przesłuchaniu albumu?



blog comments powered by Disqus