Hymn ku potędze ducha

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Hagath
19 listopada 2012

Napływający z Północy szeroką strugą folk rock niesie w sobie coś tajemniczego. Z jednej strony skoczny, porywający, z drugiej przepojony chłodem i melancholią, niczym wieczną zmarzliną. Z pełnowymiarowym debiutem Islandczyków z Of Monsters And Men jest podobnie. To muzyka rodem z surowej, nieprzyjaznej krainy, niezmanierowana, bo przepełniona tęsknotą za rzeczami najprostszymi, ot za zwykłym ludzkim ciepłem.

O Islandii wiemy stosunkowo niewiele. Napawa ona raczej wyobraźnię dreszczem, jakby z przeczucia nadciągającego zimna, srogiej przyrody, twardych warunków, dyktowanych swym mieszkańcom. Nic dziwnego, że to właśnie nieokiełznana natura stanowi główny punkt odniesienia we wszystkich praktycznie tekstach na My Head Is An Animal. Świadomość jej nieubłaganej potęgi przeciwstawiona kruchości ludzkiej kondycji (King And Lionheart). To właśnie ciągły bój o przetrwanie na ich styku rodzi te przedziwnie charakterystyczne dźwięki, po których od razu wiadomo: „O, kapela z Północy!”

Najcieplejszy element płyty stanowi… okładka. Ukryte pod nią (we wkładce) zasnute sepią pejzaże ukazują bezmierne puste przestrzenie nieżyczliwej objawom życia ziemi. Dlatego też pewnie Of Monsters and Men próbują pokazać, że potęga uczuć – nawet zawiedzionych (Love, Love, Love) – i siła pamięci potrafią rozpalić ogień człowieczeństwa nawet mając w tle tak nieprzyjazne pejzaże. Widzą, że ucieczka jest drogą donikąd (Mountain Sound) i są sprawy, którym po prostu trzeba stawić czoło (Slow and steady), znaleźć własną drogę (From Finner) bo to dopiero przynosi szczęście i spełnienie. Dobrze też znaleźć na tej drodze jakiś sens, a może i przewodnika (Six Weeks)

Trochę w tym baśni (Dirty Paws), trochę guseł, trochę sennych marzeń (Sloom). Wszystko zaśpiewane z charakterystycznym „nieczystym” akcentem, głosem, który niegdyś kojarzył się głównie z Dolores O'Riordan z Cranbierries, a dziś stał się znakiem firmowym praktycznie wszystkich wykonawców „stamtąd”.

Przynaglające do ruchu, działania, dynamiczne rytmy, napędzane są ostro eksponowanymi wejściami dęciaków. Zaprawione zimnym powiewem gitar rozjaśniane zostały miękkim brzmieniem instrumentów akustycznych. tak zaaranżowane wyrywają z marazmu, podsuwając jednocześnie treści dalekie od hurraoptymizmu.

Pełne refleksji oraz ukrytych pragnień myśli o przemijaniu (Lakehouse) mają jednak stanowić bardziej pozytywny motywator, a nie źródło depresji (Yellow Light). Mają pomagać cieszyć się tym, co jest (Your Bones) i wchodzić w głąb otaczającej rzeczywistości. Również będące już światowym hitem Pogaduchy (Little Talks) to swoiste misterium sięgające daleko poza sprawy wyłącznie przyziemne.

Oczywiście, kto nie chce, nie musi wnikać w treść pieśni wyśpiewywanych ogniście przez Nanne Bryndís Hilmarsdóttir, tonowanych nieco spokojniejszym głosem Ragnara Þórhallssona. Pozostanie mu i tak przyjemna, rytmiczna muzyczka przygrywająca z werwą, ale niepełna w treści.

Pomimo podszycia nostalgią nie da twórczości Islandczykom odmówić pogody ducha. Pobrzmiewający w ich muzyce fatalizm, jak widać po odniesionym sukcesie, stał się bliski niezliczonym rzeszom ludzi na całym świecie. O ile jednak twardzi ludzie z Lodowej Wyspy są gotowi wyjść mu naprzeciw, czy inni również podołają? Kto wie? Może właśnie za sprawą My Head Is An Animal?




blog comments powered by Disqus