Rock’n’rollowe tęsknoty

Autor: Tomasz Nowak
20 października 2012

Druga płyta A Curious Thing (2010) stanowiła próbę oderwania się Amy Macdonald od stylistyki głośnego debiutu This Is The Life (2007). Niestety, niezbyt udaną. Dlatego twórcza spółka Macdonald/Pete Wilkinson (producent) wróciła na utarte, przebojowe ścieżki. I faktycznie, Life In A Beautiful Light to krążek dla osób lubiących piosenki, które już kiedyś słyszeli.

Otwiera go miłosny ukłon w stronę Ameryki, choć przyrównywanie czegokolwiek do tytułowego 4th of July może mieć też podtekst ironiczny. Czy jednak tego należy spodziewać się po szczerej do bólu Szkotce? Dalej mamy wyznanie gotowości do poświecenia w imię tejże miłości (Pride,Slow It Down). Skontrowane natychmiast, podpartą, mocno pianinem deklaracją niezależności (The Furthest Star), ale by nie zabrnąć w niej za daleko, zaraz pojawi się wołanie kogoś zagubionego w meandrach sławy (The Game). Ponoć popularność poprzednich albumów i trasy koncertowe dały się Amy ostro we znaki… Do sławy jednak trudno nie tęsknić (Across the Nile).

The Days Of Being Young And Free sięgają z nutką nostalgii w przeszłość, ale bez żalu raczej z pozycji kogoś zadowolonego z życia. I tu niespodziewanie wkracza refleksja nad przemijaniem (Left That Body Long Ago). Kontrapunkt dla niej stanowi tytułowy Life In A Beautiful Light – portret świata widzianego oczami zakochanych.

I dopiero w tym miejscu pojawia się autentyczny protest song (Human Spirit), jakiego po autorskim albumie utrzymanym na pograniczu rocka i folku można by spodziewać się dużo wcześniej (choć niektórzy widzą w tej muzyce country albo pop i ta różnorodność akurat dobrze świadczy o twórczości Amy). Jest to pieśń o niepokornym ludzkim duchu, jego wartości oraz niezłomności. I… to na tyle, gdy chodzi o piosenki zaangażowane. Dalej, w The Green And The Blue i In The End znów wracamy w klimaty liryczne.

Całość kończy nostalgiczna i smutna, choć przesycona nadzieją typowo balladowa koda przy gitarze (Two Worlds), ponownie nawiązująca do tematu przemijania. Tego tytułu nie ma w spisie utworów, gdyż jest swoistym „bonusem” podpiętym pod nagranie numer dwanaście, oficjalnie kończące płytę.

Life in a Beautiful Light nie jest bynajmniej „jedną wielką imprezą”, lecz jej skoczne i dynamiczne rytmy, a także dźwięczny, zabarwiony jakże charakterystyczną szkocką artykulacją wokal i przestrzenne brzmienia robią swoje. Bez wątpienia, wrzuciwszy ten krążek do odtwarzacza przez najbliższe pięćdziesiąt minut jakaś część ciała słuchacza będzie szybciej lub wolniej bezwiednie podrygiwać. Nie pozwoli mu to również zmrużyć oka.

Pomimo siedmioletniego doświadczenia oraz faktu, iż jest to już trzecia jej płyta, teksty Amy pozostają proste, młodzieńcze, niekiedy trochę naiwne, patetyczne. No i powtarzalne, zwłaszcza w zestawieniu z płytami wcześniejszymi. Choć artystka sama przyznaje się do inspiracji takich jak Travis, The Libertines i Red Hot Chili Peppers, w jej muzyce przebijają bardziej ślady The Cranberries czy Sinead O’Connor.

MacDonald odrobinę wydoroślała, ale jej podejście do muzyki jest nadal takie same. I to na tej płycie słychać wyśmienicie. Znów dominują tu sprawdzone brzmienia, piosenki, w których wiodącą rolę pełni tekst podparty pojedynczym, wyróżniającym się instrumentem – gitarą, klawiszami czy sekcją smyczków. Tak jest dobrze, więc po co to zmieniać? – zdają się mówić tym samym twórcy płyty. Czy nie sprawi to jednak, że artystka definitywnie zapętli się w kręgu wytyczonego na pierwszej płycie stylu?

Tym, którzy lubią „starą, dobrą” Amy, „Life…” przypadnie do gustu z cała pewnością. Pewnie podobnie jak tym, którzy jeszcze jakimś cudem jej nie znają. U reszty, cóż, pozostanie pewien niedosyt.




blog comments powered by Disqus