Wahania i nastroje - recenzja płyty "Hesitation Marks"

Autor: Agata "Bez" Kowalczyk
4 października 2013

"Czy jest coś jeszcze w życiu, co może mnie zaskoczyć?"- często słyszymy od innych, a nie rzadko pytamy siebie samych. Jedno jest pewne. Nowa płyta Nine Inch Nails zawsze wywołuje emocje. A Trent, który 20 lat temu szokował i prowokował, dalej zaskakiwać nas nie przestaje. A słuchaczy należy zachęcić. I zaskoczyć.

Zacznę może najpierw od wyjaśnienia samego tytułu płyty, który będzie swojego rodzaju "słowem kluczem" w odbiorze całości. Hesitation marks, czy też "hesitation wounds" to nazwa ran, które zadaje sobie osoba myśląca o samobójstwie. Aby pozbyć się wahania, decyduje się na wstępne skaleczenia, rozcięcia skóry itd. Zwykle nie kończą się zgonem, jednak bardzo często występują na ciałach samobójców. A ich obecność, podczas ustalania przyczyn zgonu, determinuje diagnozę - śmierć samobójcza.
To próba budowy odwagi przed ostatecznym rozwiązaniem...

A zaczęło się tak - po świetnych soundtrackach do The Social Network i The Girl with the Dragon Tattoo (oba filmy w reżyserii Davida Finchera, znanego chociażby z Seven i Fight Club oraz z zamiłowania do NINów), po barwnym krążku stworzonym z projektem How to Destroy Angels pt. Welcome Oblivion, nastąpił dzień, w którym Trent zapowiedział nową płytę Nine Ich Nails. Po długim oczekiwaniu w końcu usłyszeliśmy Came back haunted po raz pierwszy. Starzy fani zachwycali się podobieństwem brzmienia do Pretty hate machine, inni wyczuwali powiew świeżości, a jeszcze innym nie podobało się. Ale emocje rosły. Po premierze teledysku (w reżyserii Davida Lyncha) i miażdżącej krytyce fanów, przyszła kolej na tournee po amerykańskich i europejskich festiwalach, na których miały zabrzmieć nowe utwory z płyty. Podczas festiwalu Fuji Rocks Festival w Japonii, po raz pierwszy zagrano nowe utwory - Copy of A i Find my way oraz została zaprezentowana nowa, odświeżona wersja Sanctified. Pierwszy kipiał energią, drugi nostalgicznym spokojem. Chwilę potem wydarzyło się kilka problemów (wpadki w Leeds i Reading), po których, podczas audycji w BBC Radio 1 wyemitowano Everything. W końcu, kilka dni przed premierą, mieliśmy okazję posłuchać Hesitation marks w całości. W internecie wrzało, pojawiło się mnóstwo recenzji i opinii.

Czekałam z obawami na oficjalną premierę. Byłam ciekawa i zdecydowanie zaintrygowana. Zaskakiwały mnie single, zaskoczyła i sama płyta. Po pierwszym odsłuchaniu wahałam się. Chciałabym napisać, że miałam mieszane uczucia, ale właściwie cierpiałam na ich brak. Olśnienie przyszło później, przy dalszych próbach.

Kiedy usłyszałam pierwsze, ostre dźwięki The eater of dreams, wiedziałam, że będzie ciekawie. Krótki, a szkoda, bo niesłychanie uzależniający, tajemniczy i bardzo niepokojący. Skojarzenia z drapaniem paznokciami po styropianie oraz starą, bujającą się zerdzewiałą huśtawką. Wysokie, pojedyncze dźwięki jeszcze długo pulsują nam w głowie, przeistaczają się w Copy of A, jeden z bardziej melodycznych i tanecznych utworów na płycie. Bardzo podoba mi się kontrast dosyć posępnego tekstu z barwnymi liniami melodycznymi. Mamy tutaj mieszankę chaosu z równym, energetycznym rytmem. Na festiwalach zwykle grana na otwarcie występu.

Trzecią piosenką na płycie jest Came back haunted, pierwszy singiel, który otrzymaliśmy z HM. Od pierwszego momentu zastanawiamy się, co Trent próbuje nam przekazać. Przecież złe, mroczne czasy dla niego się skończyły, a jednak, "powraca nawiedzony". Już tutaj możemy dojść do wniosku, że niektóre, z pozoru wesołe piosenki na płycie mogą być tylko ułudą, przekonywaniem samego siebie, że jest dobrze, mimo, iż zło i gniew wciąż się w nas czai. Na temat tej jak i innych piosenek na HM istnieje wiele teorii spiskowych, i mylnych, i śmiesznych, i skłaniających do zastanowienia. Jednak bez wątpienia jest to jeden z największych hiciorów na płycie.  W tle mamy sporo muzycznych smaczków, a gitarowa solówka jest bardzo stylowa.

Kolejnym utworem jest Find my way, piosenka, która wzbudza skrajne opinie. Przez jednych nazywana mocno trip-hopowym, najpiękniejszym utworem na płycie, a przez innych nijakim odrzutem z HTDA. Bez wątpienia można tu wyczuć ducha projektu założonego z Atticusem Rossem i żoną Reznora, Mariqueen Maandig (którą, według mnie, możemy usłyszeć w tej piosence, aczkolwiek jej nazwisko nie pojawia się na liście osób współpracujących). Utwór jest bardzo nastrojowy, spokojny, kojący i jednocześnie niepokojący. Find my way to rodzaj modlitwy, która będzie miała swoją kontynuację na tej płycie, ale o tym później.

All Time Low - czyli moment na płycie, na który czekałam. Poprzednie piosenki były nam znane, dzięki graniu ich na festiwalach i wrzucaniu do sieci. Sam początek (bardzo, bardzo dobry początek) od razu skojarzył mi się z Where is everybody z płyty The Fragile. Obie piosenki są również w tym samym stopniu specyficznie gniewne. Uwielbiam, kiedy Trent śpiewa delikatnym falsetem (stretch across the sky). Jeden z najmocniejszych punktów na płycie. Jako ciekawostkę dodam, że w piosence zostały użyte tzw. organy Wurlitzera (w Polsce mamy tylko jeden egzemplarz z czasów II Wojny Światowej). Tworzą one bardzo przyjemny i miękki dźwięk klawiszy.

Następną piosenką jest, krytykowany przez większość recenzentów, Disappointed. Jak dla mnie, piosenka nie jest nudna, ani tym bardziej rozczarowująca, a sam tekst (w którym kryje się pewna nuta żalu, oczywiście nie są to jego wściekłe pokłady jak np. w Eraser z The Downward Spiral) może być spokojnie kierowany do wciąż narzekających na wesołą otoczkę całego albumu osób. Zdecydowanie najmocniejszymi atutami tej piosenki jest drapieżna, bardzo NINowa gitara w refrenie oraz późniejsze, nieco orientalne, skrzypce (moim zdaniem ukłon do podobnego motywu z The Great Below na The Fragile). Wytłumiony Trent brzmi ciekawie, momentami przypomina trochę wokal Damon'a Albarn'a w Gorillaz.

Przejdźmy zatem do najbardziej "kontrowersyjnego" kawałka, o którym powiedziano i napisano wiele. Przeczytaliśmy o teorii spiskowej dotyczącej zasłoniętych słów na okładce singla (jakoby Trentowi kazano umieścić ten utwór na HM), obejrzeliśmy prześmiewcze reklamy Forda na przemian oglądając animację Trenta na różowym jednorożcu. Część fanów, po przesłuchaniu tego kawałka, z góry skreśliła całą płytę twierdząc, że 'NIN umarł'. Tak, tak, mowa o Everything. Nie skłamię pisząc, że sama byłam w lekkim szoku, jednak postanowiłam dać szansę tej piosence i spróbować ją rozgryźć. Pierwsze skojarzenie - lekkie brzmienie The Cure. Tekst brzmi trochę jak bełkot szalonego człowieka, który odurzony alkoholem bądź innymi specyfikami, nerwowo pali papierosa na balkonie wmawiając sobie, jakie to jego życie jest teraz piękne i poukładane, w rzeczywistości wciąż nie mogąc się oderwać od przeszłości. Kawałek bardzo chaotyczny, refren przywodzi bałagan w The great destroyer z płyty Year Zero. Sam Trent wyznał w jednym z wywiadów, iż Everything to taki mroczny pastisz. Wesołe dźwięki, na dobrych słuchawkach przeistaczają się w bardzo niepokojące brzmienia. Początkowo, tupiąc do niej wesoło nogą, z uśmiechem na twarzy, im dłużej się przysłuchiwałam, tym więcej było dreszczy i ciarek. A zwłaszcza, jeśli porówna się ułudną słodycz tej piosenki z tytułem płyty (no bo przecież każdy samobójca jest nienaturalnie szczęśliwy przed ostatecznym rozwiązaniem). Jedno jest pewne - o tym kawałku jeszcze sporo się będzie mówić, a Trent zrobił genialny chwyt marketingowy podsuwając go nam jako kolejnego singla. Bo nie ma lepszego sposobu na jeszcze większą promocję płyty niż utwór - zagadka, która wzbudza przeróżne emocje i skłania do dyskusji.

Pozycję ósmą na płycie zajmuje Satellite, który razem z Everything miał się pojawić na The Greatest Hits. Przy tej piosence spokojnie można się pobujać na klubowym parkiecie. Prawie przez wszystkich porównywany jest do brzmienia Justina Timberlake'a, przez rytmikę i klimat, jednak przed 4 minutą objawia się nam znacznie cięższy, wprowadzając mroczniejsze dźwięki i gitary (oraz kontrastujące falsety). Według mnie jest to chyba najsłabsza piosenka na Hesitation Marks, aczkolwiek utwór sam w sobie słaby nie jest.

Po sennym bujaniu przechodzimy do Various methods of escape. Ducha The Fragile czuć tutaj bardzo, bardzo wyraźnie. Piosenka swoje delikatne brzmienie po części zawdzięcza użytemu tutaj instrumentowi klawiszowemu - dulcitone, w którym dźwięki są wytwarzane za pomocą drgających kamertonów, czy też widełek stroikowych (polecam zapoznanie się z tym instrumentem). Niesamowita piosenka, z dziwnym, tajemniczym tekstem i ładnymi gitarami. To kolejny kawałek, który przekonuje nas, że mimo swojego nowego, nieco bardziej melodyjnego brzmienia, to wciąż stary NIN, tylko nieco urozmaicony. Najlepszym dowodem na to, jest ciche przejście w 3 minucie utworu - jest bardzo podobne, niemalże identyczne jak przejście w piosence The Fragile, z cichym, szepczącym wokalem, delikatnym fortepianem i nagłym, silnym uderzeniem gitar. Jedyna piosenka, w której możemy usłyszeć nieelektroniczną perkusję. Bardzo mocny punkt na płycie.

Running wita nas charakterystycznym początkiem i raczy nas ciekawym szarpano-klawiszowym brzmieniem, o którym wypada napisać nieco więcej. Trent gra tutaj na instrumencie nazwanym Wheelharp (jeśli ciekawi was dlaczego, polecam wyszukać sobie ten wynalazek w Google - wygląda niesamowicie, w steampunkowym stylu), który całkiem niedawno został po raz pierwszy zaprezentowany na NAMM Show w Kalifornii, jednym z największych targów producentów sprzętu muzycznego. Sami twórcy mówią, że Wheelharp to coś pomiędzy klawesynem a lirą korbową. Jeśli chodzi o Trenta, ten instrument to strzał w dziesiątkę - ten multiinstrumentalista lubi nas zadziwiać nowymi pomysłami. Utwór jest bardzo psychodeliczny, oferuje nam bogactwo interesujących dźwięków. Jako ciekawostkę dodam, iż dziwny, przeciągły dźwięk po refrenie mogliśmy napotkać wcześniej, a mianowicie w remixie piosenki The Downward Spiral z EPki Further down the Spiral.

Przejdziemy teraz do, moim zdaniem, najpiękniejszego i najbardziej emocjonalnego utworu na płycie, czyli I would for you. Mocny, nieco ciężki początek, który przechodzi w niesamowity, melodyjny refren z wrzeszczącym, wyrzucającym z siebie wszystko Trentem. Kawałek raczy nas przepięknym, przemawiającym tekstem. Jest barwnie, bardzo NINowo - począwszy od samego prowadzenia wokalu, a skończywszy na pięknych dźwiękach klawiszy. To właśnie ta piosenka poruszyła mnie najbardziej, bo przez chwilę miałam wrażenie, jakbym słuchała czegoś w rodzaju hołdu, powrotu do brzmień znanych nam z The Fragile. Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę wersję live tej piosenki - choć być może dołączy ona do tytułowego kawałka ww. płyty - być może będzie grana rzadko, ale jeśli już grana, to porywająco i spektakularnie.

I would for you zgrabnie zamienia się w kolejny utwór - In two, nazywany przez większość słuchaczy najlepszym utworem na płycie. I nie bez powodów - nie ma wątpliwości, że w tej piosence drzemie moc. Jest chyba najbardziej pogmatwanym i chaotycznym kawałkiem na płycie. Mamy tutaj prawdziwą ucztę dla uszu. To samo można powiedzieć o nowych, wciąż pojawiających się efektach i dźwiękach. Początkowo In two może sprawiać wrażenie hałasu skomponowanego przez pijanego artystę, ale w tym drzemie potężna siła. Mamy tutaj kolejne wyciszone przejście rodem z The Fragile zakończone ostrym, nagłym wtargnięciem instrumentów, mamy dźwięki z Year Zero oraz The Downward Spiral. No i to kolejne zaciekawienie - jak poradzą sobie z tym utworem na żywo? Czekam z niecierpliwością.

Wróćmy na chwilę do tego, co napisałam w opisie Find my way. Tą kontynuacją, jest dla mnie While I'm still here. Linia melodyczna w pewnych momentach jest niemalże identyczna jak w Find my way, a w obu piosenkach Trent zwraca się do "Boga". Traktuję obie piosenki jako jedną, spójną całość, rozszarpaną na pierwszą i drugą połowę płyty. Robi to całkiem niezły efekt po tych wszystkich wybuchowych utworach, dając nam chwilę na refleksję i spokój. Ciekawym faktem jest, iż w While I'm still here zostały użyte cytaty z piosenki Hanka Williamsa pt. Weary blues from waiting. Przez to wiąże się mocno z Find my way - tekst oryginału jest bardzo smutny i przygnębiający. Małą furorę robi tutaj niespodziewanie pojawiający się saksofon, po czym utwór przechodzi w Black noise, drugi krótki i instrumentalny kawałek na Hesitation Marks. Mimo swej długości, tak jak The eater of dreams jest bardzo mroczny i niepokojący, rzekłabym nawet, że straszny i przerażający, kończący się szybko i niespodziewanie - tak jak nasz domyślny samobójca kończy z życiem odpychając od siebie stołek czy rzucając się pod pociąg.

Napiszę jeszcze krótko na temat remixów, które pojawiły się na osobnej płycie w wydaniu deluxe. Pierwszy, Find my way, dosłownie traktuje piosenkę jako pacierz i utrzymany jest w kościelnym, chóralnym stylu o mocnym brzmieniu organów połączonym z dźwiękami rodem z Atari. Nie wiem czy jestem fanką takich połączeń. Wersja jest dosyć ciekawa, ale nie wracam do niej zbyt często. Kolejny remix to All time low, w nieco hip-hopowym stylu przemieszanym z ciężkim, gitarowo-elektronicznym brzmieniem rodem z The Downward Spiral. Ostatni, i według mnie najlepszy remix to While I'm still here. Bardzo ciężki, bardzo mroczny, utrzymany w stylu Pretty Hate Machine, a nawet wcześniejszych wersji piosenek z Purest feeling - dlaczego? Wykorzystane w remixie fragmenty wywiadu z Genesis P-Orridge'm, angielskim muzykiem, kompozytorem i okultystą (bardzo ciekawa postać, warto o nim poczytać) bardzo przypominają łączenie piosenek z partiami filmów czy wywiadów. Na wokal Trenta jest nałożony efekt echa, co sprawia, że ta wersja utworu jest naprawdę bardzo mroczna. Moim zdaniem, świetna robota.

Pora więc na podsumowanie całości i ocenę końcową. Hesitation Marks to płyta bardzo dobra. Wyjątkowa i inna, co zresztą można powiedzieć na temat każdej płyty Nine Inch Nails. Jest zdecydowanie najbardziej melodyjno-elektroniczną płytą jeśli chodzi o cały dorobek zespołu, z odwołaniami do dzieł takich jak The Downward Spiral  i The Fragile, hołdem brzmienia dla Pretty Hate Machine. Moim zdaniem, Hesitation Marks ma dwa niedociągnięcia. Po pierwsze, kawałki instrumentalne, które są świetne, powinny być nieco dłuższe (choć nie wiemy, jak by to wpłynęło na ostateczne brzmienie, być może odebrałoby to niepotrzebnie mrocznego uroku). Brakuje mi takich perełek jak The warm place (TDS), Just like you imagined, Pilgrimage (TF), a nawet The Greater God lub Another Version of the Truth (YZ) oraz The for of us are dying z The Slip. Swoją drogą, Trent podał nam wiele przepięknych melodii na soundtrackach i Ghosts..., ale mały niedosyt pozostaje.

Drugą rzeczą, której zdecydowanie mi brakuje na HM to nie brzmienie gitar, których na płycie jest sporo (oczywiście nie tak agresywnych jak kiedyś) w niemal każdym kawałku. Nie chodzi mi także, o przepełniony bólem i wrzaskiem wokal Trenta, który tutaj przeistacza się w częstszy falset (a nie zapominajmy, że Reznor też krzyczy na HM). Tym, czego mi tak bardzo brakuje, jest wyrazista, agresywna molowa perkusja, po której pierwszych uderzeniach słychać, że to właśnie Nine Inch Nails. Nawet na króciutkim The Slip było jej więcej. Na najnowszej płycie niemal w całości została zastąpiona przez elektronikę (wyjątek stanowi Various Methods of Escape). A szkoda, bo mielibyśmy do czynienia z tworem niewątpliwie jeszcze bardziej interesującym.

Podsumowując - jeżeli miałabym wystawiać jakąkolwiek ocenę w jakiejkolwiek skali, byłoby to 9/10, choć rozsądek skłaniałby ku mocnemu 8. Jednak muzyka nie pozwala się nim kierować, bo muzyka uwalnia duszę i porywa serce. Hesitation Marks mnie uwolniło i porwało. Serdecznie polecam.



blog comments powered by Disqus