Lana Del retro

Autor: Tomasz Nowak
21 października 2012

Stylizowana fotografia, a na niej kobieta upozowana na piękność z lat, powiedzmy, czterdziestych, pięćdziesiątych; z epoki zwanej niekiedy „złotą”. To bardzo uczciwa zapowiedź tego, co znajduje się pod okładką płyty Lany Del Rey. Jak zapowiadały zresztą poprzedzające krążek teledyski, mamy tu rzeczywiście połączenie dawnych dźwięków i stylistyki oprawionych w nowoczesne aranże. Skutek? Całkiem udany.

Okładka, a jakże w klimacie wiekowych winyli. Płyta schowana w kopercie, „ubabrana” plamami krwi wkładka z tekstami. To wszystko poszerza otoczkę femme fatale, jaką wokół siebie buduje artystka. Pasuje doń nawet patetyczny tytuł, nawiązujący wprost do klimatu tekstów. A te, rzecz jasna krążą wokół miłości i to zwykle nader dramatycznej. Widać w nich jasno fascynację Lany czasami, kiedy ideałem była kobieta-wamp.

Zaczyna się od iście filmowych smyków w tytułowym Born to Die. Potem kilka piosenek dla tych, którzy przywykli do Video Games. Zaprawione rytmami r’n’b Off To The Races i Blue Jeans brzmią ciekawie nowocześnie, choć tekstów o tragicznej miłości wyśpiewanych zmysłowym, głębokim głosem nie powstydziła by się Marlena Dietrich. Zwieńczeniem tej „części” są rzeczone Video Games, zdecydowany pinpoint, a zarazem kręgosłup płyty, wokół którego osnuto całą jej muzyczna materię. Utwór, o którym Lana kokieteryjnie mówi, iż ma wydźwięk pozytywny…

Dalej, w tęsknym Diet Mountain Dew robi się jeszcze bardziej „amerykańsko”. Odtąd wydaje się, że wiek bohaterki piosenek zaczyna się obniżać, choć wcale nie spada jej ponętność… i choć życiowa perspektywa, cynizm i fatalizm charakterystyczny dla kobiety doświadczonej pozostają. Kreowany na hit singlowy National Anthem uderza stosownie do tytułu w patetyczne tony – tak tekstowo, jak i aranżacyjnie, ale brzmi zgrabnie. Zaraz potem płynie pełen nieutulonej pustki Dark Paradise, którego żal łagodzi optymistycznie Radio. Kawałek ten, jak i kolejna Carmen mają wyraźnie stanowić punkt wspólny dla portretów różnych, zawsze nieco zagubionych kobiet, jakie przewijają się w tekstach na całej płycie

Zamieszczony dalej Million Dollar Man sugeruje, iż Lana chciałaby zaśpiewać piosenkę do kolejnego filmu o przygodach Jamesa Bonda. I z tej próbki wynika, że Bondowi wyszłoby to na dobre. Jeszcze nostalgiczne, rozkołysane Summertime Sadness i zaprawione gorzkawą tęsknotą za nieuchwytną, bo bardzo dawno utraconą już (świadomie) niewinnością w This Is What Makes Us Girls i… Tu kończy się część zasadnicza, po której następują trzy „bonusy”: znów zabarwiony nutą goryczy Without You, pełen zaborczości manifest Lolita oraz wieńczący całość na nowo bardziej optymistycznie, fatalistyczny Lucky ones.

Choć te muzyczne opowieści nie powalają poetyckim warsztatem, a i artykulacja wokalistki pozostawia sporo do życzenia, tworzą one w sumie ukierunkowany zbiór. W większości Lana z wdziękiem operuje niskim, wyrazistym głosem, który potrafi przyprawić o dreszcz. Kiedy indziej kontruje go niemalże dziewczęcym brzmieniem, zwłaszcza w drugiej części płyty. Zatem z początku „mocna kobieta” w życiowej rozterce, a potem młoda nieco zagubiona lolita, świadoma swego appealu nastolatka. I o to zdaje się artystce właśnie chodziło.

Fakt, że Born To Die wpisuje się w najnowszą modę fascynacji erotyzmem. Jednak wbrew sceptykom, twierdzącym, że Del Rey to wyłącznie produkt marketingowy, album ten pokazał, że w jej nowym emploi jest pewien zamysł, chociaż nie wszystkim się on spodoba. To pewne.

Oklaski należą się tej płycie za udany dźwiękowy mariaż przeszłości z teraźniejszością oraz pójście pod prąd utartych mód. Jest to bowiem krążek pełen melodii, czyli czegoś, co ze współczesnej muzyki popowej pełnej transowych bitów wychwycić coraz trudniej. Nastrojowe smyczki, elektronika, wyrazisty, choć niedominujący rytm współistnieją tu na równych prawach, co uznać należy za nie lada osiągnięcie czuwającego nad całością rapowego przecież producenta Emile Haynie.

Z całości wyłania się konkretna artystyczna droga w pewnym, wytyczonym już kierunku, choć jeszcze nie do końca stylistycznie zdefiniowanym. To coś dla fanów „oldskulowych” płyt, utrzymanym w jednorodnej stylistyce. A jeśli ktoś rzeczywiście w tę płytę zainwestował tylko jako w produkt, to takich produktów można życzyć sobie więcej.




blog comments powered by Disqus