CASTLE PARTY 2006: relacja z festiwalu

Autor: Paweł Sarna
14 sierpnia 2006


CASTLE PARTY Festival 2006

28-30.07.2006 Zamek w Bolkowie

Trzynasta edycja festiwalu Castle Party za nami. Jeśli ktoś nie wie co to za dziwna impreza, to niech zajrzy TU bądź odwiedzi www.castleparty.com - jest tam sporo informacji na temat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości festiwalu. Mimo 13tki w tytule, nie zanotowano szczególnie pechowych wydarzeń typu niebezpieczna burza, odwołanie koncertu gwiazdy itp.
Faktycznie w tym roku było bardzo środkowo-wschodnioeuropejsko – spora liczba gości z Czech, Niemiec i Ukrainy staje się powoli regułą – to oczywiście cieszy, bo jakiegoś zwiększonego napływu rodaków, według stałych bywalców, (podobno) nie widać... Od kilku już lat CP nie jest postrzegany jako festiwal "gotycki" (cokolwiek to znaczy) i określenie "dark independent", stosowane przez Organizatorów, bardziej tu pasuje. Jak to na festiwalu raz było bardziej "dark", a raz bardziej "independent".

Piątek 28.07
Do Bolkowa zawitałem "dopiero" w piątek po południu i wkrótce po przyjeździe rzuciłem się w wir (około)zamkowych wydarzeń. Dla dobra relacji pominę fakty pozakoncertowe. A muzyczne festiwalowe szaleństwo zaczęło się na zamkowym małym dziedzińcu od setu eLL, który lekko rozbujał i przygotował na pierwszy live act – JOB KARMA (7). Wyrazy współczucia dla próbujących wtedy tańczyć (co łatwe na zamkowym bruku nie było) i brawa dla ekipy z pochodniami – jednym się taki "performance" spodobał, innych raczej rozbawił – w każdym razie wzbudził jakiekolwiek reakcje. Sama JK dała niezwykły show  muzyczno-wizualny – i o ile wyświetlane filmy urzekły większość, to muzyka nie trafiała do każdego. Trochę transowych i ambient-industrialnych brzmień rozbudziło apetyt na więcej, ale niestety ten wieczór okazał się sporym rozczarowaniem jeśli chodzi o wydarzenia na Zamku. Połączenie kapryśnej pogody i niezbyt trafnie wybranego miejsca na piątkową Off Night spowodowało ucieczkę lwiej części publiki do klubów na tamtejsze after parties.

Sobota 29.07
Kolejna wizyta w gotyckim kasztelu przypadła na trwający już występ Węgrów z DE FACTO (2). Grali bezbarwnie, mało oryginalnie i nawet powoływanie się na braterstwo naszych nacji nic tu nie pomogło...
Na szczęście następna była, bardzo oczekiwana na bolkowskim festiwalu, formacja DEATHCAMP PROJECT (8). Zespół witany entuzjastycznie przez sporą grupę fanów, zagrał naprawdę bardzo dobry koncert, którego odbiór psuło tylko ostre słońce... DP pokazali klasę prezentując kilka swoich hitów oraz cover Joy Division - bardzo przyjemna mieszanka goth/death rocka (choć śpiewają, że nie grają "Fuckin' Deathrocka" hehe) i elektronicznych brzmień rozruszała coraz liczniej zebrane towarzystwo. Ewenementem były elementy damskiej bielizny i maskotki, które lądowały na scenie w pobliżu muzyków - to się nazywa uwielbienie dla zespołu... Wokalista nie omieszkał owinąć wokół statywu swojego mikrofonu jednego z takich "prezentów" od fanek. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy i po półgodzinnym występie DP zeszli ze sceny przy gromkich brawach (i piskach).
Setlista: Divine Words, Behind, Fuckin' Deathrock, Rule and Control, Another, Dead Hours, New Dawn Fades (cover Joy Division).
Bardzo byłem ciekaw setu odrodzonego HEDONE (6) - pytanie brzmiało czy skoncentrują się bardziej na promowaniu nowej (skądinąd całkiem niezłej) płyty Playboy czy też przypomną fanom, że kiedyś byli prekursorami industrialrockowego grania w Polsce (płyty Werk i SancTVarium). Wygrała opcja numer 1 i wyszło bardziej alternatywnie-poprockowo niż elektronicznie przez co opinie po występie były bardzo podzielone. Jednak część publiki na pewno została "kupiona" przez zespół - i to dosłownie - gdyż w stronę bawiących się pod sceną poleciało sporo koszulek zespołu.
Występ duetu BOŃCZYK & KRZYWAŃSKI (-) ominąłem prawie w całości, widząc tylko końcowy fragment. To czego byłem świadkiem nie przekonało mnie do koncertowego wcielenia nowego projektu byłego gitarzysty Republiki (której utwór pojawił się zresztą w trakcie koncertu).
„Agressiva, wiecznie żywa” - tak skandowali fani w oczekiwaniu na kilkadziesiąt minut scenicznych wyczynów kolejnego po Hedone klasyka polskiej sceny elektroniczno-industrialrockowej, czyli AGRESSIVA 69 (9). I to był jeden z najlepszych koncertów tegorocznego festiwalu! Panowie z A69 umiejętnie wymieszali swoje starsze, świetne utwory (Seed, Point Of View, Situations) z nowymi, niewiele im ustępującymi (Na końcu świata, Nie widać końca, Jeden dzień). Do tego dorzucili na bis cover uwielbianych u nas Depeche Mode (Personal Jesus). A było mocno od początku (Rzeźnia) - na scenie i przed nią nikt się nie oszczędzał - to było prawdziwe elektroniczno-rockowe szaleństwo, którego nawet nagłe załamanie pogody (oberwanie chmury) nie mogło zakłócić. Profesjonalny i energetyczny set znakomicie rozruszał publikę przed kolejnymi gwiazdami. Rzekłbym nawet, że Agressyvni ukradli show niektórym z później występujących...
Hm, FUNKER VOGT (-) - na imprezach takie granie jak najbardziej mnie "rusza", ale już do koncertowego wcielenia tego typu projektów jestem dość sceptycznie nastawiony. No i mam mieszane uczucia  - niby set był bardzo dynamiczny, naładowany pozytywną energią, hitów też nie brakowało (Subspace, Killing Fields, Gunman, Maschine Zeit), to jednak po kilku kawałkach odbierałem całość jako zbyt jednostajną, więc nastąpiła przerwa cateringowa. Niemniej cieszę się, że miałem okazję usłyszeć Fallen Hero na żywo. Z dziennikarskiego obowiązku wspomnę, że ludzie bawili się świetnie, muzycy też wyglądali na zadowolonych - kontakt z publicznością i zachowanie sceniczne ok - tylko szkoda, że giarzysta więcej klaskał itp. niż grał...
CLAN OF XYMOX (7) grali już w nocnej scenerii - toteż koncert wyszedł bardzo klimatycznie. Holendrzy uraczyli nas wiązanką starych i nowych hitów, grając na zmianę melancholijne i bardziej taneczne utwory. Tym razem część setu COX obserwowałem z zamkowego tarasu widokowego usytuowanego ponad polem festiwalowym. Świetny widok z innej perspektywy przy orzeźwiającym wietrze pozwolił dotrwać do końca mimo atakującego co chwila sennego zmęczenia, tym bardziej, że usłyszałem moje ulubione Farewell. Mimo zarzutów, że było zbyt statycznie, przewidywalnie (ten sam zestaw utworów co na poprzednim polskim koncercie), to jednak mogło się podobać - w każdym razie mój koncertowy debiut z Klanami był całkiem zadowalający. Setlista m.in.: Louise, Jasmine And Rose, A Day, There's No Tomorrow, Farewell, Michelle, Calling You Out, Weak In My Knees, Backdoor, Moscoviet Mosquito.
Powoli koncertowa sobota dobiegała końca - na placu boju zostali tylko Brytyjczycy z VNV NATION (9). Lepszego zakończenia tego dnia raczej nie można było się spodziewać. Zespół, zaczynając już po północy, pokazał klasę grając znakomitego seta, Ronan Harris szalał po całej scenie, zachęcał do zabawy, nakręcał atmosferę i do tego mocno i czysto śpiewał. Reszta zespołu dotrzymywała mu dzielnie kroku (m.in. współzałożyciel VNV - Mark Jackson oraz Vasi z Frozen Plasma/Reaper). Publiczność zasłużyła na osobne słowa pochwały - była po prostu fantastyczna - a wspólne odśpiewanie Beloved przypominało podobną ekstazę wśród fanów przy This Corrosion w czasie krakowskiego koncertu The Sisters Of Mercy zaledwie kilka tygodni wcześniej. Muzycznie nie brakowało "staroci", hitów i kilku bardzo dobrze nadających się na koncert nowszych kawałków. A zaczęło się potężnym uderzeniem od Genesis i później wcale nie było gorzej - na zmianę serwowano nam taneczne "killery" i klimatyczne utwory. Nawet brak tak wielkiego hitu jak Electronaut niespecjalnie przeszkadzał. Na koniec, ktory nadszedł oczywiście zbyt szybko, Ronan obiecał, że do nas wróci - i oby tak się stało jak najszybciej! Setlista: Intro, Genesis, Chrome, Entropy, Carbon, Epicentre, Legion, Homeward, Darkangel, Perpetual; Further, Beloved, Honour 2003 (+Jens z Funker Vogt).
Potem nastąpiły oczywiście klubowe szaleństwa do rana...

Niedziela 30.07
W świąteczne popołudnie całkiem mile zaskoczył występujący jako pierwszy duet DUST HEAVEN (6) z Ukrainy - przyjemne electro granie z uroczą Anastasią na wokalu i Alexandrem na klawiszach pozwoliło bez cienia nudy i zażenowania oczekiwać na dalszy ciąg zamkowych przyjemności.
Jako kolejny zespół na scenie zainstalował się litewski MANO JUODOJI SESUO (5) i wstydu też nie przyniósł - klasyczne, gitarowe gotyckie granie o oczywistych inspiracjach (The Sisters oczywiście, których cover zresztą zagrali) nie przeszkadzało, choć może też nie zachwycało, ale warto było zobaczyć jak radzą sobie przedstawiciele gotyckiej sceny zza wschodniej granicy.
Następnie mieliśmy polski przerywnik w postaci BATALION D'AMOUR (4). Zespół grał już po raz wtóry na festiwalu, tyle że pierwszy raz z nową wokalistką Karoliną. Nie zabrakło starych utworów śpiewanych jeszcze przez Anię Zachar, a pojawiły się także nowe z płyty Niya. Niestety wciąż nie mogę przekonać się do obecnego wcielenia Batalionu, a i magia starszych kompozycji nie działa tak jak w licealnych czasach.
DELIGHT (7) z kolei odciął się raczej od swojej "gotycko-metalowej" przeszłości i zaprezentował odświeżony, anglojęzyczny set składający się z piosenek z płyty A New i nowych utworów, nad którymi w studiu nagraniowym czuwał sam Rhys Fulber (Front Line Assembly/Delerium/Conjure One; Fear Factory, Paradise Lost). Wkład Kanadyjczyka w nowe brzmienie muzyków ze Skawiny był bardzo słyszalny - otrzymaliśmy porcję solidnego i nowoczesnego rockowego grania pełnego elektronicznych wstawek. Po kolejnej zmianie składu trochę jeszcze brakowało zgrania scenicznego i ogrania nowego materiału, ale było dość interesująco. Niecierpliwie czekam na efekt w postaci nowej płyty...
Od pewnego czasu mam niesamowitą słabość do tego, co tworzą Kanadyjczycy z THE BIRTHDAY MASSACRE (9)  - po świetnych dwóch płytach czekałem z utęsknieniem na ich występ w naszym pięknym kraju. I chyba się nie zawiodłem. "Fioletowe Króliczki" dały słodko-mroczny, totalnie energetyczny i szalony show. Kilkadziesiąt minut tego bajkowego koncertu pozytywnie zaskoczyło wiele osób, choć krytycznych głosów też nie brakowało. No ale, o gustach... W każdym razie zespół był bardzo zaangażowany w to, co robił na scenie, a publiczność nie pozostając dłużna bawiła się świetnie. W prezencie dostaliśmy przekrój przez twórczość TBM: od najstarszych kompozycji (Happy Birthday, Horror Show) przez  hitowe w niezależnych kręgach (np. niemiecka Deutsche Alternative Charts) Blue i Video Kid po przygotowany z myślą o nowej płycie Kill The Lights. Kilkadziesiąt minut to zdecydowanie za mało, no ale takie są prawa festiwalowych występów - na szczęście esencję tego, co w Urodzinowej Masakrze najlepsze, dostaliśmy. TUTAJ do przeczytania szersza relacja z koncertu TBM.
Nie dane mi było zobaczyć koncertowego wcielenia FADING COLOURS (-) A.D. 2006  - wywiady  ( m.in. z The Birthday Massacre) nie mogły czekać - wg relacji znajomych było bardzo transowo z mieszanką starych i nowych (niewydanych) jeszcze utworów.
Po przemiłej pogawędce z RIVERSIDE (9) ich koncert także należał do jaśniejszych punktów festiwalu. Obawiałem się przyjęcia zespołu przez bywalców CP, w końcu to zupełnie inna stylistyka od tej, prezentowanej przez większość zespołów. Tym razem jednak ryzyko Organizatorów się opłaciło i chwała im za to, gdyż Warszawiacy dosłownie zaczarowali Zamek w Bolkowie i udowodnili, że trudnych wyzwań się nie boją. Śmiało można określić ich występ jako magiczny... Przy hipnotyzujących dźwiękach Out Of Myself, Loose Heart, I Believe czy Curtain Falls pełny zamkowy dziedziniec doznawał swojej muzycznej ekstazy. Mocniejszego uderzenia także nie zabrakło (Volte-Face, Artificial Smile). Profesjonalny a do tego piękny występ...
Najciężej brzmieniowo na Castle Party zapowiadało się na LEAVES EYES' (7). I miłośnicy bardziej metalowych klimatów raczej się nie rozczarowali - Liv Kristine (ex-Theatre Of Tragedy) razem z mężem Alexandrem Krull'em (gościnnie na drugim wokalu) i towarzyszącymi im muzykami z Atrocity dali mocny, acz chyba zbyt "teatralny" i wyreżyserowany show. Niemniej kontakt z fanami był wzorowy, reakcja zwrotna również. Set składał się oczywiście z utworów z obu płyt zespołu - Lovelorn (niestety mniej) i Elegy (więcej). Z pewnością uwagę wszystkich zwracała kreacja Liv. W nagrodę za dobrą zabawę (po raz kolejny na festiwalu) usłyszeliśmy ze sceny, że nas kochają. Nic tylko się cieszyć z takiego okazywania uczuć w stosunku do polskich fanów.
Trudne zadanie czekało DE/VISION (5) - Niemcy musieli podwójnie się postarać - i jako gwiazda drugiego dnia festiwalu i w korespondencyjnym pojedynku z VNV Nation. Proszę Państwa, walka zakończyła się nokautem... Na niekorzyść gwiazdy synth-popu niestety. Było jakoś zbyt spokojnie i zwyczajnie, by nie powiedzieć bezbarwnie. Z pewnością to wina niefortunnie ułożonego seta (brakowało kilku ewidentnych hitów) i sparaliżowanych tremą przed tak ważnym występem muzyków. Oczywiście ludzie pod sceną bawili się świetnie, niemniej zauważalny był odpływ tłumów w kierunku klubów, namiotów i kwater. Kilka pięknych momentów jak np. wspólny śpiew przy Your Hands On My Skin uratował De/V przed kompletną porażką. Niestety rozczarowałem się choćby przy moim ulubionym I Regret. Może następnym razem będzie lepiej. Opinie jak zwykle w takich przypadkach rozłożyły się od krytycznie miażdżących do entuzjastycznych. W każdym razie z ostatnimi dźwiękami dochodzącymi ze sceny festiwal Castle Party 2006 dobiegał nieubłaganie końca. Jeszcze tylko zabawa na afterparties w klubach do rana i czas wracać do domów...

Kolejna festiwalu edycja za nami. Za rok mam nadzieję festiwal uderzy z jeszcze bardziej ekscytującym zestawem koncertowym i lepiej zorganizowanym piątkowym wieczorem. Większy wybór na zamkowym "kiermaszu" też byłby mile widziany. No i (dla wtajemniczonych) powrót do menu słynnych ziemniaków.
Atmosfera w Bolkowie jest mimo wszystko niepowtarzalna i warto wracać tam co roku w ostatni weekend lipca, by zakosztować świetnej zabawy w bardzo dobrym towarzystwie. Do zobaczenia w 2007!!!


blog comments powered by Disqus