O czterech takich, co dobili rocka

Autor: Kamil Niewiński
27 października 2007

Czas całkowitego oddania muzyce rockowej mam już za sobą i niewielką przywiązuję uwagę do śledzenia zmian i nowości w tym gatunku. Zespół Kangaroz znam natomiast jedynie z jednego koncertu, bodajże na Przystanku Woodstock, gdzie kapela wydała mi się niczym więcej jak rodzimą kalką stylu Limp Bizkit. Właśnie ukazał się trzeci krążek sygnowany nazwą zespołu, a pierwszy jaki miałem okazję słuchać na spokojnie. I muszę tu podkreślić jak bardzo się cieszę, że z wcześniejszymi dwoma nigdy nie miałem okazji się spotkać.

Kapela nie przedstawia muzycznie nic nowatorskiego, ba ich odtwórczość też nie jest najwyższych lotów. Większość kompozycji ułożono na zasadzie kontrapunktu, który w ulicznym uproszczeniu wyraża schemat: wyciszyć - przywalić - wyciszyć ponownie - przywalić. Instrumentalnie zespół nie wznosi się ponad przeciętność - riffy gitarowe niespecjalnie mnie unoszą, a o partiach solowych nawet nie chcę się wypowiadać. Mając na sercu hard rock lat 70, nie sposób ocenić ich trywialności bez wulgaryzacji języka. W żaden sposób nie odnajduję na płycie eksperymentów dźwiękowych, które podobno miała ona zawierać (przynajmniej tak doczytałem się w jednym z materiałów promocyjnych). No chyba, że zastosowanie samplera i loopów są dla chłopaków eksperymentem.

Inną sprawą jest warstwa tekstowa, na którą zespół chciał położyć szczególny nacisk. I przyznam szczerze, że mam obawy, jakie by ta płyta zawierała treści, gdyby ten nacisk skierowano w inny punkt. Literackość śpiewanych czy też rapowanych wersów jest na poziomie dziecka po pięciu latach podstawówki, a treść i emocja około ostatniej klasy gimnazjum. I do tego panowie Biedulski i Krawczyk, którzy śpiewając nie wznoszą się ponad poziom ogólny płyty, ale kiedy zaczynają rapować, przypominają Liroya z początku lat 90. Szczególnie wyróżnia się numer piąty - Hey dziewczyny - poziom idiotyzmu w tekście przypomina wypowiedzi na popularnych chatach internetowych.

Płyta zawiera kilka numerów czysto komercyjnych i wpadających w ucho, z których najlepiej wypada chyba Zaniedbana miłość z Kasią Wilk jako gościem. Całości nie można określić jednak inaczej niż słowem "klęska". Przesłuchując najnowszą płytę, istniejącego już 10 lat zespołu, zrozumiałem nie tylko, dlaczego kapela dotychczas nie zrobiła kariery, ale i dlaczego mówi się, że rock’n’roll umarł.



blog comments powered by Disqus