Emiter "From black mountains to the sea" - recenzja płyty
W swojej słynnej definicji ambientu Brian Eno stwierdził, że tego rodzaju muzyki można sluchać na dwa sposoby: albo poświęcamy jej uwagę w 100 procentach, łowiąc każdy dźwięk, albo zupełnie ignorujemy, pozwalając jej stopić się z dźwiękami otoczenia. Przy kontakcie z najnowszą płytą Emitera postanowiłem zastosować oba warianty. Najpierw ze słuchawkami na uszach wygodnie położyłem się na łóżku, a przy następnej okazji From black mountains to the sea (muzyka dla domu) puszczone na granicy słyszalności stało się podkładem do sprzątania w pokoju.
Jak czytamy w materiałach promocyjnych, inspiracją dla Emitera była teoria musique d 'ameublement francuskiego kompozytora Erica Satie, wg której muzyka staje się jeszcze jednym meblem w pomieszczeniu, nie przykuwającym uwagi, ale poprawiającym atmosferę. Podtytuł płyty jest również kolejna wskazówką i zarazem ukłonem w kierunku wspomnianego już Briana Eno, który swoją muzyką dla lotnisk (Ambient 1: Music for airports z 1978 r.) w praktyce dał początek całemu nurtowi muzyki ambient. Tych sześć pozbawionych tytułów utworów na From black mountains to the sea to mikrosymfonia, na którą składają się dźwięki współczesnych domostw: kliknięcia i trzaski elektronicznych urządzeń, odgłosy dobiegające zza otwartych okien, woda kapiąca z kranów, fragmenty audycji radiowych i telewizyjnych, które w poszatkowanych fragmentach docierają do naszych uszu. Każdy słuchający będzie mógł tutaj dobrać własne skojarzenia, nagle zdając sobie sprawę, że takiej muzyki pełno u niego w domu – ja na przykład usłyszałem tu szybę z drzwi, którą przejeżdżające pojazy wprawiają w wibracje i zapętloną w nieskończoność skargę zawieszonego komputera, czekającego na zresetowanie... To prawdziwa muzyka Natury, dla człowieka mieszkającego w mieście bardziej swojska niż ćwierkanie ptaków, szum morza i brzęczące owady.
Na From black mountain to the sea Emiter podsumowuje niejako swoje dotychczasowe dokonania na polu minimal music, chociaż dla mnie słychać tam również wpływy tego, co nagrał na płycie Fudo duetu Mapa. Mimo że nie interesuje go komponowanie przyjemnych dla ucha ambientowych kompozycji, korzysta momentami z podobnych patentów, co artyści sceny IDM, pomijając melodię. To nie zarzut, a jedynie wskazanie, że zarówno mniej przystępne, trudniejsze w odbiorze płyty jak i te tworzone z myślą o szerszej publiczności nagrania ambientowe mają wspólne korzenie. I nic nie powinno stać na przeszkodzie, by w zależności od nastroju rozkoszować się jednym bądź drugim.
Na koniec wypada wspomnieć, że masteringiem płyty zajął się Jacaszek, kolejna ważna postać polskiej eksperymentalnej elektroniki, autor m.in. znakomitych Trenów. Kompakt ma też bardzo ładną, utrzymana w duchu minimalu oprawę graficzną. Zdecydowanie From black mountain to the sea to jedno z najlepszych wydawnictw w katalogu Requiem Records. Polecam.




