DZIAŁY

SKLEP.GILDIA.PL

Melchior Wańkowicz. W kościołach Meksyku. Opierzona rewolucja. Na tropach Smętka.
Data premiery rynkowej: 25 marca 2010>
Cena: 44,20 zł  52,00
Ally Carter. Dziewczyny z Akademii Gallagera. Powiedziałbym Ci, że Cię kocham ale ...
Data premiery rynkowej: 30 marca 2010>
Cena: 25,30 zł  29,80
Fantasy Komiks - 2.
Data premiery rynkowej: 22 kwietnia 2010>
Cena: 14,93 zł  19,90

BANNERY

kotwica FORUM GILDII MUZYKI

ARTYKUŁY

RELACJE

GALERIE

RECENZJE

ARCHIWUM NEWSÓW

Gildia > Gildia Muzyki > Imprezy > Wrocław Industrial Festiwal > 8 Wrocław Industrial Festiwal > Relacja z 8 edycji Wrocław Industrial Festiwal


Relacja z 8 edycji Wrocław Industrial Festiwal

Data publikacji artykułu: 10 listopada 2009
Autor: Patryk Balawender

Między 4 a 8 listopada 2009 we Wrocławiu odbyła się ósma edycja Industrial Festiwalu. Zapoczątkowana jako kameralna i podziemna impreza, z biegiem czasu rozrosła się do ważnego punktu na (kontr)kulturalnej mapie nie tylko Polski, ale i Europy. Dzięki staraniom organizatorów z Industrial Art w naszym kraju zagrała plejada wykonawców związanych z takimi nurtami niezależnej muzyki, jak industrial, ambient, neofolk, noise, gothic rock itp. Wśród najbardziej uznanych zagranicznych artystów wymienić można m.in. Nurse With Wound, Inade, Rapoon, Sol Invictus, Sieben, Allerseelen, Nocturnal Emissions, Deutsch Nepal, In The Nursery, Troum, Tuxedomoon, Merzbow, Sieben czy Ordo Rosarius Equilibrio. Nie zabrakło także polskich wykonawców, takich jak Job Karma, Spear, HATI, Wolfram, Karpaty Magiczne, Nemezis, Genetic Transmission czy EA. Celem festiwalu było i jest nie tylko sprowadzanie zespołów-legend (o których zobaczeniu i usłyszeniu polscy fani mogli do niedawna tylko pomarzyć), ale także prezentowania ciekawych debiutantów i projektów mniej znanych, a wartych uwagi. Tak było także w tym roku.

Na dobry początek 4 listopada w galerii BWA Awangarda zagrali dwaj wykonawcy: Stupor i Rapoon. Ten pierwszy to polski duet mieszkający w Niemczech, poruszający się w estetyce dark ambient/postindustrial. Generowanym przy pomocy laptopów, syntezatorów i gitary dźwiękom towarzyszyły mroczne wizualizacje (płomienie, rentgenowskie nagrania wideo itd.) Zespół miał drobne problemy ze sprzętem, ale ogólnie rzecz biorąc występ był udany, jednak po reakcji publiczności można było odczuć, że przyszła głównie na Rapoona. Kryjący się pod tym pseudonimem Robin Storey od prawie trzech dekad (licząc nagrania z Zoviet France) tworzy przejmującą muzykę, pełną plemiennych, transowych rytmów i hipnotycznych ambientowych pejzaży. Rapoon to artysta multimedialny: oprócz komponowania muzyki maluje także obrazy, projektuje okładki płyt i tworzy wizualizacje. Te ostatnie, utrzymane w neo-prymitywnym stylu przypominającym malowidła Indian czy Aborygenów, mogliśmy podziwiać na dwóch ekranach podczas koncertu. Na tym jednak nie skończyły się atrakcje, bowiem częścią koncertu był również występ poznańskiej tancerki, umalowanej od stóp do głów, powoli pląsającej do utworów z najnowszej płyty artysty zatytułowanej Melancholic Songs Of The Desert. Zrządzeniem losu posadzka galerii, po której tańczyła, wymalowana była w zagadkowe symbole i wykresy, tak że wyglądało to tak, jakby dziewczyna stąpała wewnątrz magicznego kręgu. Był to drugi występ Rapoona we Wrocławiu (poprzednio gościł w 2004 r. na trzeciej edycji festiwalu) i także tym razem zebrał gromkie, należne mu brawa.

Czwartkowy wieczór należał do Za Siódmą Górą. Te słowa powinny każdemu miłośnikowi polskiej muzyki awangardowej wiele mówić, wszak zespół ten to prawdziwa legenda, a jego twórca, Wojcek Czern, prowadzi także wytwórnię Obuh Records, z której na przestrzeni lat wyszło wiele dźwiękowych klejnotów. Występy ZSG należą do wielkiej rzadkości, dlatego zwabiona magią tej nazwy publiczność stłoczyła się w maleńkiej przestrzeni galerii Entropia (oraz na korytarzu), tym bardziej że występ był darmowy. Niestety szybko stało się jasne, że o żadnym koncercie mowy być nie może. Wojcek prezentował nagrania z płyt ZSG na analogowym, audiofilskim sprzęcie, a między utworami snuł swoje opowieści. I chociaż gawędziarz z niego przedni, a muzyka była przepiękna, to jednak sporo osób musiało być srodze zawiedzionych. Może następnym razem dostąpimy koncertu z prawdziwego zdarzenia...

W piątek festiwal przeniósł się do Sali Gotyckiej Teatru Pieśń Kozła, swojego stałego miejsca, gdzie odbywają się najważniejsze koncerty. Na pierwszy ogień poszło czeskie Akimbo oraz niemieckie Gerechtigskeit Liga. Początki tych zespołów sięgają lat 80., a w ich muzyce słychać wyraźne fascynacje takich tuzów industrialu, jak Laibach czy wczesne Einsturzende Neubauten. Scenę zapełniły kawałki blach, drut kolczasty i przeróżne elektroniczne urządzenia, przy pomocy których muzycy obu zespołów kreowali pełną zgiełku anty-muzykę. Na wizualizacjach nie zabrakło fragmentów filmów o totalitarnych reżimach i wojennych okrucieństwach - można rzec sztampowe już elementy industrialnych performance'ów, które może szokowały dwie dekady temu, ale obecnie trochę trącą myszką. Mimo tego muzycy zebrali brawa od coraz liczniej zapełniającej salę publiczności, która doceniła ich starania. Następny na scenie pojawił się Amerykanin Daniel Burke, czyli Illusion Of Safety. Zaprezentował solidną mieszankę improwizowanego noise'u, ambientu i muzyki elektroakustycznej, generując dźwięki przy pomocy laptopa i gitary. Burke wykazał się także poczuciem humoru, zaczynając koncert od popowego szlagieru i rzucając zabawne komentarze na początku i końcu. Zebrani słuchacze jego wysiłki przyjęli ciepło. Jako kolejni na scenie zainstalowali się muzycy Savage Republic, amerykańscy pionierzy art-punka, których twórczość inspirowała REM, Neurosis czy Sonic Youth. To nie pierwsza wizyta grupy we Wrocławiu, których dla nowego pokolenia polskich słuchaczy "odkryli" właśnie organizatorzy z Industrial Art. Szybko stało się jasne, w czym tkwi ich magia. Savage Republic rozruszali publikę piorunującą mieszanką punkowego czadu i transowych, plemiennych rytmów, wybijanych m.in. na metalowej beczce. Fani pod sceną szybko zrobili kocioł, pogując i reagując żywiołowo na kolejne piosenki, pochodzących m.in. z ostatniej płyty zespołu pt. "1938". Reakcja mogła być tylko jedna: burza braw. Następnym wykonawcą i chyba główną gwiazdą tego wieczora był angielsko-rosyjski Soisong, który tworzą Peter "Sleazy" Christopherson oraz Ivan Pavlov. Ten pierwszy to żywa legenda, jeden z pionierów industrialu, współzałożyciel Throbbing Gristle i Psychic TV, najbardziej znany jako połowa duetu Coil, który przez kilka dekad tworzył muzykę pod każdym względem magiczną. Pavlov zaś to mieszkający w Szwecji muzyk, od wielu lat nagrywający pod pseudonimem COH (czyt. son). Obaj zaprezentowali bardzo ciekawą elektronikę, pełną połamanych, eksperymentalnych rytmów, której towarzyszył kręcony m.in. w Tajlandii intrygujący film o dziwnym latającym obiekcie, będącym częścią mitologii i narracji, jaką kreuje zespół. Nad całością tego multimedialngo show unosił się duch Coila. Nie obyło się bez bisu i zabawnego momentu, kiedy w przerwie komputer Pavlova wydał z siebie charakterystyczny dźwięk Windowsa, co publiczność przyjęła z entuzjazmem. Grubo po drugiej w nocy zaczął grać szwedzki Brighter Death Now. To projekt Rogera Karmanika, założyciela kultowej wytwórni Cold Meat Industry, specjalizującej się w dark ambiencie, death industrialu i od niedawna mrocznym folku. Posępna, hałaśliwa muzyka okraszona agresywnymi wrzaskami Karmanika ma swoich fanów, ale późna pora nie sprzyjała żywym reakcjom. Piszący te słowa nie dał rady zmęczeniu i udał się do domu, a szkoda, bo grający jako ostatni neofolkowy Naevus dał ponoć znakomity koncert, który zakończył się przed piątą na ranem.

Sobotnia część imprezy od samego początku zachwyciła wysokim poziomem. Pierwszy zagrał polski Prawatt, którego muzycy udzielają się m.in. w znakomitym post-rockowym zespole Karol Schwarz All Stars. We Wrocławiu trio odziane w koloratki zaprezentowało elektronikę generowaną przy pomocy archaicznych urządzeń analogowych, preparowanych dźwięków płyt i gitary elektrycznej. Miłym zaskoczeniem był także Flint Glass, czyli Francuz Gwenn Tremorin, twórca wytwórni Brume Records. Odziany w skórzaną maskę z mackami przypominającą głowę Cthulhu muzyk zagrał znakomity, energetyczny set, będący fuzją mrocznego, podwodnego ambientu z ostrymi bitami, które kojarzyć się mogą z industrialno-hiphopowym Techno Animalem czy przedstawicielami sceny IDM. Koncertowi towarzyszyły wyświetlane na ekranie fragmenty starych niemych filmów grozy w rodzaju "Golema", co razem stworzyło świetny efekt. Po tym występie z pewnością Gwennowi przybyło wielu polskich fanów. Swoich zwolenników mial też Sutcliffe Jugend, angielski duet będący pionierem na scenie tzw. power electronics. Tutaj zmysły słuchaczy zaatakowała ściana dźwięku, którą czuło się nawet w plombach w szczęce. Od czasu do czasu warto obejrzeć na żywo taki występ, jest to niezapomniane doznanie... Następny w kolejce był brytyjski Knifeladder, dowodzony przez Johna Murphy'ego. To kolejna po "Sleazym" Christophersonie legenda industrialu grająca w tym roku we Wrocławiu - perkusista ten grał w takich zespołach, jak SPK czy Current 93, w ostatnich latach był też koncertowym członkiem Death In June. Knifeladder w trzyosobowym składzie porwał słuchaczy rytualnym bębnieniem, transowymi, oszczędnym basem i syntezatorowymi plamami noise'u.

Po nich przyszedł czas na główną atrakcję całego festiwalu, czyli Psychic TV. Na jego czele stoi Genesis P-Orridge - muzyk, performer (szokujący występami grupy Coum Transmissions), okultysta (twórca organizacji magicznej TOPY - Temple Ov Psychick Youth), założyciel Throbbing Gristle, którego twórczość była kluczowa dla rozwoju muzyki industrialnej. Z kolei PTV to ważny zespół dla acid house, a także dla sceny rave zarówno w rodzinnej Anglii, jak i w Stanach Zjednoczonych. To właśnie P-Orridge jest twórcą terminu "industrial". Nie trudno się więc dziwić, jakie emocje i oczekiwania związane były z występem trzeciej już inkarnacji Psychic TV. Wiele osób obawiało się, że dosyć wiekowy już artysta może nie pokazać zbyt wiele na scenie. Jakże wszyscy się mylili! Koncert Psychic TV bez wątpienia można nazwać najlepszym w historii całego festiwalu. PTV zaczarowali tłumnie zebraną publiczność psychodelicznym show i muzyką, której korzenie leżą w twórczości Velvet Underground, Rolling Stones czy Syda Barretta. Zespół zagrał nawet No Good Trying, utwór Barretta, który znalazł się również na ich najnowszej, pochodzącej z 2008 r. studyjnej płycie pt. Mr. Alien Brain vs. The Skinwalkers. P-Orridge okazał się znakomitym showmanem, przekomarzającym się z publicznością, strojącym miny, udającym nakręcaną lalkę, przybierającym chrystusowe pozy, strzelającym do słuchaczy z niewidzialnego karabinu maszynowego. Nie zabrakło też prawdziwie wzruszającego momentu: piosenkę New York Story muzyk zadedykował Lady Jaye - swojej zmarłej w 2007 towarzyszce życia - i w trakcie śpiewania na jego twarzy widać było łzy. Koncertowi towarzyszyły hipnotyczne wizualizacje, przedstawiające m.in. Genesisa i Lady Jaye, przechodzących operacje plastyczne, które upodabniały ich do siebie. Kiedy po bisie zespół w końcu schodził ze sceny, głośne oklaski trwały bardzo długo. To był koncert z cyklu tych, które będzie się pamiętać do końca życia.

Jak przebić taki występ? W niewdzięcznej roli kolejnego zespołu po PTV wystąpił niemiecki duet Mona Mur & En Ensch. Ekscentryczna wokalistka znana ze współpracy np. z Einsturzende Neubauten w towarzystwie gitarzysty KMFDM oraz perkusisty zaprezentowała swoje piosenki, nawiązujące do tradycji niemieckiego kabaretu, cold wave i mrocznego electro. I chociaż sporo osób odpłynęło spod sceny, to ci, którzy tam pozostali nie szczędzili braw. Jako ostatni zaprezentował się polski projekt Nihilista, ale jego występ może lepiej przemilczeć... Na niedzielnych koncertach w CRK niestety nie mogłem być, dlatego relacja w tym momencie musi się zakończyć. A szkoda, bo obiecująco zapowiadał się np. koncert projektu Electric Uranus, którego twórcą jest Infamis, szef wytwórni Beast Of Prey i założyciel zespołu Krępulec.

Wrocław Industrial Festiwal numer 8 stał na wysokim poziomie, nie szczędząc wrażeń i niezapomnianych koncertów. Na imprezę coraz liczniej przyjeżdżają fani z innych krajów, w kuluarach słychać było rozmowy po węgiersku, czesku, angielsku, holendersku, niemiecku. Jak zawsze była to okazja do poznania nowych ludzi, spotkania starych znajomych, zaopatrzenia się w płyty, koszulki i inne gadżety (w tym roku atrakcją była np. możliwość zakupu 1 tomu Encyklopedii Kultury Industrialnej autorstwa Rafała Kochana). Festiwal na stałe już zagościł w kalendarzu wrocławskich wydarzeń muzycznych i mam nadzieję, że tak zostanie przez długie lata.